umop apisdn
Odnośnie świąt
Z powodu uwarunkowań społeczno rodzinnych spędziłam w pracy czas od dwudziestego czwartego grudnia rano do dwudziestego siódmego wieczorem. Zabrałam ze sobą kotę, wraz z wszelkimi akcesoriami. Po pierwsze dlatego, że miała krwotoczne zapalenie pęcherza moczowego i trzeba jej było dawać antybiotyki w zastrzykach podskórnych i pilnować czy nie leje na podłogę zamiast do kuwety. A po drugie - żeby zwyczajnie nie było jej smutno samej przez tyle dni.
Wigilię spędziłam w Izbie Przyjęć. Straszyli mnie, że dyżur będzie przejebany.
- Rano ludzie przygotowują ryby i wbijają sobie noże i łuski w ręce. Później jadą po rodziców i nagle stwierdzają, że dziadek lub babcia jakoś dziwnie wygląda, więc jest etap udarowy. A na koniec ŻRĄ i trafiają do szpitala z kolką wątrobową, zapaleniem trzustki lub zwykłym wzdęciem - relacjonowali i roztaczali przede mną wizję koledzy pracujący tam w poprzednich latach.
Jednak nic podobnego się nie przytrafiło. Nasze tradycyjne społeczeństwo polskie zajęte było pieczołowitymi przygotowaniami do odświętnego, rodzinnego posiłku i nie zawracali sobie i nam głowy pierdołami, że paluszek swędzi, a krosta na dupie przybrała inny odcień czerwieni niż w ciągu ostatnich dwudziestu minut. Po pomoc zgłaszali się ludzie faktycznie chorzy, wymagający przyjęcia do szpitala, lub z drobnymi urazami, do doraźnego zaopatrzenia w warunkach gabinetu zabiegowego.
Nawet tak zwanych "babek wielkanocnych" nie było, czyli osób w podeszłym wieku, cierpiących na zaawansowaną chorobę Alzheimera lub inne otępienie starcze i wymagających udziału innych osób do podstawowych codziennych czynności jak jedzenie, picie czy mycie zasranego w Seni tyłka. To przecież takie nieświąteczne zajęcia...
Musiałam jednak uczestniczyć w dyżurnej kolacji wigilijnej i połamać się opłatkiem z wszystkimi pracownikami. Jako typ autystyczny i aspołeczny jestem zupełnie niecharakterystyczna i niewidzialna, więc panie pielęgniarki nie wiedziały czego mi życzyć i mówiły tylko "wszystkiego najlepszego". A ja na to: "nawzajem". Jakoś przebrnęłam przez to trudne doświadczenie.
Pierwszego dnia świąt rano przewiozłam cały swój tabor do stacji wyjazdowej Nocnej i Świątecznej Pomocy Lekarskiej w Firmie po prawej stronie Wisły. Dyspozytor miły i współpracujący rozłożył nam pracę po równo, więc każdy mógł trochę pozwiedzać miasto i trochę poleniuchować w bazie. Noc przespałam. Kot się oswajał z hałasami, śmiechami i niezdrowym zainteresowaniem.
Rano obudził mnie dzwonek telefonu.
- Sto pięć słucham?
- Chciałam się dowiedzieć jaki dziś skład.
Wytarłam z oka śpiocha, przeczesałam grzywę palcami, spojrzałam na zegarek. O rety! Już ósma!
- Nooo ja jestem od wczoraj, bez zmian - zachrypiałam w odpowiedzi.
- Ale ja jestem dzisiaj! - odpyskowała opryskliwym tonem słuchawka.
Oooojej, a było tak miło. Podyktowałam nazwiska wszystkich obecnych na stacji. Chciałam nawet zapytać panią przez kabel czy zadzwoniła po to, żeby mnie opierdalać czy ma dla mnie jakąś pracę, ale sama podyktowała dane. I tak zaczął się kolejny dzień. A po nim kolejny. Pacjenci dali żyć. Pozwolili odpocząć. Dyspozytorzy też. I trzy dni dyżuru zlepiły mi się w jedną roboto-dobę. Zaskakująco miłe.
Wyjazdy do bolącego kręgosłupa lub gorączek i osłabienia. O dziwo żadnego przejedzenia. Widać kryzys...
- Dzień dobry - zaczęłam uśmiechnięta w drzwiach mieszkania. W karcie nagryzmoliłam podyktowane przez telefon informacje: "osłabienie, gorączka, pacjentka leżąca".
W pokoju stało szpitalne łóżko. Na nim suchutka staruszka w pieluchomajtkach.
- Dzień dobry, pani Pelagio!
- Dzień dobry - odpowiedział szkielet spod kołdry.
- Jak się pani czuje? - zapytałam.
- Normalnie - kontynuowała kobieta.
Z wywiadu od rodziny dowiedziałam się, że Babcia od kilku dni jest słabsza i że ciśnieniomierz automatyczny świruje, i że serce jej łomocze. Złapałam za nadgarstek, za miejsce badania tętnicy promieniowej, jak mam w zwyczaju robić przy każdej wizycie, niezależnie od powodu wezwania. Skóra pod palcami pulsowała mi nieregularnie z częstotliwością zbliżającą się do dwustu na minutę.
- Wszystko w porządku? - zapytałam jeszcze raz dla pewności.
- Tak.
- Czy coś panią boli? Duszno nie jest?
- Nie - kobieta miała przy tym nieco zdziwiony wyraz twarzy, że ktoś się interesuje jej idealnym przecież stanem zdrowia.
Pani Pelagia raz oddychała szybko i głęboko, raz wcale. Prezentowała książkowy, wzorcowy, jak metr z Sevres, oddech Cheyenne-Stokes'a.
- Powiem krótko - odezwałam się do córki mojej klientki, próbując wykrzywić twarz w przyjazny i ciepły uśmiech. - Wygląda na to, że pani postanowiła umrzeć. Nie męczy się. Do państwa należy decyzja, czy chcą wywozić Babcię do szpitala, czy dać jej odejść w domu, wśród bliskich.
- No... oj... no... - zapowietrzyła się córka chorej.
Spodziewałam się tego. To trudne pytanie, mało czasu na decyzję. Sytuacja podbramkowa.
- No tak... gdyby miała umrzeć, to pewnie, że lepiej w domu. Ale jeśli się da uratować? To trzeba ratować!
- Rozumiem - uśmiechnęłam się ponownie. - Zaraz wrócę. Proszę mamie założyć spodnie i skarpetki, przygotować dokumenty.
Zgłosiłam w dyspozytorni zamówienie karetki specjalistycznej. Kiedy przyjechali przekazałam informacje i udałam się na kolejną wizytę, kilka bloków dalej.
Dziesięć minut później słyszałam sygnały odjeżdżającego w pośpiechu ambulansu. Może wyrwą jeszcze parę tygodni lub miesięcy na tym świecie.
Inna staruszka też postanowiła umrzeć i w tym celu przez kilka dni leżała osłabiona w łóżku, nie jadła, nie piła i "umierała". Rodzina zaakceptowała to ze spokojem i chodziła wokół swojej Babci, okazując jej wyrazy empatii i miłości. Śmierć jednak nie była nią zupełnie zainteresowana i w efekcie pacjentka się tylko odwodniła, przez co wymagała nawodnienia dożylnego, bo pić już nie tylko nie chciała, ale też nie miała siły. W badaniu fizykalnym nic nie odbiegało od normy, przytomność umysłu zaskakiwała swą precyzją. Żadnego haczka, o który można by zaczepić karetkę pogotowia. Zostawiłam skierowanie i poinformowałam o konieczności dotarcia do szpitala własnym transportem. Rodzina nie była zadowolona, a mimo to próbowali mi podziękować pięćdziesięciozłotowym banknotem. Uprzejmie odmówiłam.
W ciągu tych kilku świątecznych dni dostałam od pacjentów w darach czekoladę mleczną Milka, dwie garści mandarynek, dwa pudełka ptasiego mleczka. Jeszcze jedna osoba też chciała mi dać pół setki, ale pieniędzy nie umiem brać. Po prostu nie umiem. Kiedy jeździłam z trzyosobowym zespołem, to do kontaktów z rodziną delegowałam ratownika. Wtedy zdarzało się że wpadło dziesięć złotych napiwku po podziale dowodu wdzięczności na cały zespół.
- Przyjąłem ci jakąś gównianą wizytę - obudził mnie kolega z drugiego zespołu - Ja też do jakiegoś bzdetu jadę.
- Taaa? - Ach, jaka ja jestem wygadana, elokwentna i towarzyska.
- No. Dwadzieścia osiem lat, zawroty głowy. - Zaśmiał się. - Możesz już pisać skierowanie do laryngologa.
- Albo neurologa, albo internisty - uzupełniłam, ale spojrzał na mnie jakoś dziwnie.
Miałam mieszane uczucia. Wyjazdy do młodych osób to albo rozhisteryzowani rodzicie lub towarzysze życia w obliczu dramatycznej gorączki trzydzieści osiem stopni od trzech godzin, albo osoby niepełnosprawne, faktycznie chore, które nie mogą dotrzeć samodzielnie do przychodni. Tym razem pacjentka nie była upośledzona, za to ewidentnie chora. Zebrałam od niej wywiad, przepytałam członków rodziny, po czym poprosiłam ich o opuszczenie pokoju i zamknęłam drzwi. Przysiadłam na łóżku dziewczyny z rozbieganym wzrokiem i depresją w wywiadzie.
- Ile tych tabletek nasennych wzięłaś? - zapytałam.
- No... yyy.... dwie i pół - bełkotała niewyraźnie - tak, jak mówiłam.
- A nie pomyliłaś się?
- Nie wiem, chyba nie.
- Słuchaj - westchnęłam - tylko ty możesz wiedzieć ile ich tak naprawdę wzięłaś i w jakim celu. Jeśli to tylko te tabletki, to nic ci nie będzie. Zostaniesz w domu i się wyśpisz, a w głowie się będzie jeszcze kręcić. Jeśli uparcie twierdzisz, że nie zrobiłaś tego celowo, to musisz pojechać do szpitala.
- Nooo.
- Pojedziesz do szpitala?
- Nooo.
Zrobiłam przerwę i patrzyłam na jej oczopląs i niezborne ruchy.
- Coś złego się w twoim życiu ostatnio wydarzyło? W ciąży nie jesteś?
- Nieee, normalnie wszyyystkooo.
- To ile zjadłaś tych pigułek? - podjęłam ostatnią próbę.
- Nooo... dwie i pół. Chyba.
Wyszłam do rodziny. Powiedziałam, że z dużym prawdopodobieństwem może to być reakcja na większą niż zalecana w ulotce dawka leku nasennego lub pomylenie dawkowania. Ale może to być też cokolwiek innego. Łącznie z guzem mózgu. Wystawiłam skierowanie i zadzwoniłam po ratowników, żeby zawieźli chorą do szpitala.
Kilka dyżurów wcześniej w Izbie badałam dwudziestoczteroletniego młodzieńca, okaz zdrowia, który miał od tygodnia zaburzenia widzenia i pamięci, a wcześniej krótki epizod gorączki i bólu głowy, który lekarz rodzinny przypisał zawalonym zatokom i próbował wyleczyć nieskutecznie trzema różnymi antybiotykami. Badała go też neurolog i wszystko wydało jej się prawidłowe. Postanowiła go jednak przyjąć do punkcji lędźwiowej. Zleciła tylko wykonanie tomografii głowy w drodze do Oddziału. Po godzinie załatwiała chłopakowi miejsce na naurochirurgii, bo w badaniu wyświetlił się na monitorze całkiem spory guz mózgu, okolicy ciemieniowo-potylicznej. Strasznie mnie to wtedy zblazowało.
Ta dziewczyna też nie wyglądała mi na psychiczną, pomimo przyjmowania leków antydepresyjnych i nasennych. Wyglądała na chorą.
Ale jak wszem i wobec wiadomo - jestem frajerem i wierzę ludziom.
Wierzę też pacjentom i ich słucham. Przeglądam ich papiery, które dostali wcześniej w szpitalach, analizuję listę leków przyjmowanych na stałe, doraźnie i ostatnio. Badam ręką, okiem i uchem. Węchu nie mam. Na wizycie spędzam minimalnie dwadzieścia minut. Nawet wypisanie aktu zgonu zajmuje mi piętnaście, bo dociekam wnikliwie przyczyny i dopytuję o stan denata w ciągu ostatnich dni czy godzin jego życia. Mimo to, czasem muszę zostawić pacjenta z rozczarowaniem, bo miał nadzieję, na godzinną sesję terapeutycznej pogadanki, albo zwyczajnie nie wiem, jak mu pomóc i zalecam mu wizytę u specjalisty i wychodzę z mieszkania z poczuciem winy. A potem wracam do samochodu, gdzie siedzi zasępiony kierowca i mam wyrzuty sumienia, że kazałam mu tak długo czekać. Cokolwiek robię jest źle. A mogłabym profesjonalnie wpadać do klienta, wypisywać receptę na cokolwiek i wracać na skrzydłach z powrotem na stację.
Ostatnio sama chorowałam, kaszlałam już od trzech tygodni, wypluwając pęcherzyki płucne znad przepony, schudłam parę kilogramów i siły starczało mi na wejście na drugie piętro, a z szatni do sali odpraw są trzy kondygnacje, więc drogę tę pokonywałam z przerwą na odpoczynek. I dziabali mnie paluchami, mówiąc "idź ty do lekarza, jak ty wyglądasz, weź ty chora jesteś, no idź, niech cię ktoś osłucha". No dobra. Pobrałam najnowsze RUMUA z pokoju płac, poczłapałam do rejonowej przychodni, wypełniłam deklarację wyboru lekarza rodzinnego i zapisałam się na wizytę - za tydzień.
- Dzień dobry, co dolega? - zapytała pani w swetrze za biurkiem.
Opowiedziałam jej swoją historię.
- Proszę się rozebrać.
Przeleciała słuchawką po moich plecach tu i tam, przykładając membranę na ułamek sekundy do skóry.
- W płucach czyściutko - oznajmiła i zabrała się za pisanie dokumentacji.
"RR 120/60" - dojrzałam na kartce. Wprawne oko - pomyślałam. Na bloczku recept wypisała Amoksiklav w dawce jednego grama co dwanaście godzin.
- Yyyy.... po co mi antybiotyk?
- Bo pani kaszle.
- Nie gorączkuję.
- Ale to trwa już bardzo długo.
- Ale sama pani mówiła, że "w płucach czyściutko".
- Ale to żeby zapobiec. Zeby pani nie dostała zapalenia oskrzeli.
I tak dalej. Recepty nie wykupiłam.
Mogłabym tak. Od szablonu. Nie słuchać, mówić, pisać i uciekać, zanim zauważą. A tymczasem zanim ja zauważę mijają kolejne minuty wizyty i siedzę wciągnięta w medyczną łamigłówkę nad pacjentowaską dokumentacją i opowieścią.
Wszystko źle.
Jednym z licznych powodów wezwania były wymioty u kobiety w średnim wieku, z mętnym wywiadem. Na miejscu przywitałam się z nieco otyłą pacjentką i wysłuchałam jej historii, w której opowiadała o swoich perypetiach zdrowotnych, licznych hospitalizacjach, konsultacjach specjalistów i planowanym przez nich dalszym postępowaniu diagnostycznym, mającym na celu wyjaśnienie charakteru znalezionego w badaniu tomograficznym guza jamy brzusznej, żyjącego gdzieś pomiędzy wątrobą a przeponą, a także przyczynę niepohamowanych nudności, wymiotów i uciążliwej biegunki, z powodu której nosiła na wszelki wypadek pieluchomajtki. Zbadałam ją, nie znajdując na oko i rękę żadnych nieprawidłowości. Tymczasem kobieta patrzyła na mnie udręczonym spojrzeniem i trzymała plastikową miskę.
- Ja już nie mam siły - odezwała się. - Najlepiej mi podać arszenik.
Wyłuskałam z kieszeni kamizelki ampułkę i wenflon, i zabrałam się za poszukiwania jakiejś żyły obwodowej.
- Nie ma sprawy, mam jeszcze trochę Eutanazolu.
Chora zaśmiała się.
Po dwóch nieudanych próbach kaniulacji na tapczan wylała się krew i pochlapała mi spodnie. Znowu moje bojówki znalazły się pod ostrzałem. Wymyłam plamy obficie wodą utlenioną, ale brunatny, krwisty ślad pozostał widoczny przez wszystkie trzy dni dyżuru. Za trzecim podejściem trafiłam idealnie. Podałam dożylnie dwa mililitry leku. Nudności ustąpiły od razu.
- Ojej, jak dobrze - odetchnęła. - Już sama pani obecność działa na mnie leczniczo.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Pacjentka wielokrotnie wypowiadała słowa pochwały i zachwytu pod moim adresem. Zrobiło mi się potwornie miło. Pomyślałam, że może jednak czasem uda mi się zrobić coś pozytywnego dla ludzi. Może nie jestem na wskroś zła i podła, przeżarta przez patologiczny egoizm i obdarzona krzywdzącym innych absolutnym brakiem empatii. Albo nawet jeśli jestem, bo wszystko na to wskazuje, to oprócz tego przytrafia mi się chwilami całkiem przypadkiem zrobić coś dobrego. Wytłumaczyłam jej co dalej ma robić i jak sobie radzić na co dzień, żeby dotrwać do terminu kolejnej zaplanowanej wizyty w szpitalu. Wypisałam receptę na leki przeciwwymiotne i przeciwbólowe.
- A ten arszenik? - Zapytała.
- Hmm... To chyba się pisze na różowych receptach, a ja nie mam takich - wytłumaczyłam się z uśmiechem, ukrywając wzrok za grzywką.
- Może mi pani przepisać coś na sen? Jestem już taka zmęczona tym wszystkim, a w nocy jeszcze nie mogę zasnąć. Koszmar... - zawiesiła głos, a westchnienie pozostało w domyśle.
- A nie zje pani całego opakowania na raz?
- Nie. Obiecuję - zaśmiała się znowu.
Wypisałam kolejne kwity na dwa różne rodzaje pigułek nasennych. Pożegnałam się, a w drodze do drzwi dostałam torebkę wspomnianych wcześniej mandarynek w podzięce. Ta jedna, którą zdążyłam zjeść, była bardzo smaczna. Pozostałe wyłożyłam na stół stacji i wchłonęli je koledzy, zanim zdążyłam wyrzucić skórki po swojej.
Godzinę później na bazie zadzwonił telefon.
- Pani doktoooor. Dzwoniła pani Kowalska. Mówiła, że ma źle wypisaną przez panią receptę - poinformowała mnie dyspozytorka.
- Ojej, a co pomieszałam? - Zmartwiłam się.
- A nie wiem. Ona coś kręciła. To chyba jakaś wariatka, która chce leki na spanie - zachichotał głos w słuchawce.
- Nie. To pacjentka, która po prostu jest już zmęczona swoją chorobą podstawową i przewlekającą się diagnostyką, bo nikt nie wie, co jej jest - wytłumaczyłam, wierząc całkowicie w swoje słowa. - Dobrze, pojadę do niej i to poprawię - dokończyłam.
A później zrobiło mi się przykro. Dlaczego? Bo za każdym razem, kiedy ktoś okaże mi szacunek, uzna za jednostkę miłą, kontaktową i pomocną, pochwali za sympatyczny sposób bycia - za każdym razem taka osoba uznawana jest przez innych za chorą psychicznie. "Nienormalną". Czy w takim razie umiem dogadać się tylko ze świrami? I czemu nigdy nie dostrzegam u tych osób zaburzeń w rozumie?
Smutne.
2010-01-11 | 22:21:37
skomentuj
(7)
Kapitan duże B, wielki O'Rety
Kruszony lód zalega kupą białą na trawnikach, krzakach, ulicach. Caipirinha ze śniegiem
Może jak masz w buzi kupę, to ją wypluj, nie przełykaj
Toczę się w dół, po szynach. Łódź zjeżdża do wody.
- Wskakuj! Wbijaj kil!
Rosną fale, wieje wiatr. We włosach pachnie. Nie wsiadam, bo na morzu jestem marynarzem czerwonym, który gdy buja, robi się zielony.
Możeeeee... plim plim plim
możeeeee.... plim plim bum....
Chowam się w sobie. Znów noc, papierosy i dżin. I ja, tylko ja. Przestrzeń prywatna. Kartka z długopisem, wciągająca książka. Słuchawki z muzyką do oglądania z zamkniętymi oczami. Bez słów, narzekań, że za głośno, za czerstwo i nieciekawie. Bez szurania kapciami i obawy, że kiedy otworzę oczy zobaczę czyjś cień, postać, twarz.
I'm doing time in a maximum security twilight home
Bez wpierdalania się w mój kokon. Ale nie przeistaczam się.
- Halo? Nie wiem. Ja tu tylko mieszkam.
Babciu, polej.
Zatłukłem ich siekierą! Ale puścić to w niepamięć - może?
Jeden po drugim i po trzecim. Długa kolejka ofiar mojej słoniowacizny. Tąp, tąp, tąp. Brzdęk. Obraz ginie w obrazie, rzeczywistość w wirtualności, elektrycznych impulsach mózgu, wewnętrznym obiegu prądu, zasilaniu awaryjnym.
Gdyby nie ten kaszel, umarłabym z głodu. Migdał zanurza się w formalinie z kokainą, w pełnej szufladzie.
- Przynieście drabinę!
Może to i gołąbeczka, ale może z poszarganym wianem.
Znowu się pienię z pyska. Spuchły powieki.
Babciu, dolej.
Nie mamy ze sobą połączenia. Ta zła i dobra. Nie rozmawiamy ze sobą. Od dawna. Od zawsze. Ileż to razy próbowałam ją ukatrupić. Przez chwilę nawet wierzyłam, że się udało. A teraz - proszę!
- Dzień dobry. Zieeeew. Chyba zaspałam. Miło was znowu widzieć.
I uśmiech złośliwy, szyderczy, kpiący, trujący.
Może warto czasem mieć ambicje, co by być chujowym.
Jeszcze bardziej? Nienawidzę jej. Ale nigdy się nie odczepi. Albo my dwie, albo ona. No to sru.
Może by tak odebrać sobie samobójstwo
Eee tam.
Nie?
Wiatr wieje we włosach, przesuwa pasma niepowodzeń.
Wiatr fale gna i nuci
co człek w kipiel rzuci
to z falą powróci
Cyncynat ruszył - szedł pośród kurzu i przewróconych przedmiotów, i trzepoczącego płótna, kierując się w stronę, gdzie sądząc po głosach, stały istoty podobne do niego.
2010-01-04 | 23:06:14
skomentuj
(0)
Nowa praca
Dotarłam na miejsce chwilę przed szesnastą, goniąc prosto z kombinatu. Uff. Zdyszana wysłuchałam relacji, kto i z jakiego powodu znajduje się w poczekalni, na co czeka, co już mu zbadali i jakie są wstępne plany. Poszłam do dyżurki rzucić graty na podłogę, przebrać się za lekarza i wyczochrać protezę.
To był mój drugi lub trzeci dyżur w tej placówce. Jeszcze nie do końca obeznana z lokalnymi zwyczajami podpatrywałam wszystko od innych i chłonęłam wiedzę. Często razem z cudzymi wadami zachowania, ale przecież nikt mnie za rękę nie będzie oprowadzał i tłumaczył co i jak dokładnie się załatwia. Tu jest telefon, tu są numery, recepty w szufladzie, pieczątka nagłówkowa na biurku. Tu się wpisuje zlecenia, a tu są samokopiujące karty informacyjne. No. Długopis i pieczątkę mam, to mogę pracować.
Na krześle korytarza, wśród oczekujących na decyzję siedział mężczyzna, którego przysłał rodzinny z powodu bólu w klatce piersiowej. Przykazał mu zaprzeć się rękami i nogami i nie wychodzić, dopóki go nie przyjmiemy na Internę. Wybadałam go na wszystkie strony szukając przyczyny dolegliwości. Odpowiedź na to pytanie nie miała jednak zamiaru się pojawić. Zadzwoniłam do dyżurnej z Oddziału Chorób Wewnętrznych. Jeszcze ze stażu podyplomowego kojarzyłam, że to fajna dziewczyna. Pielęgniarki też przytakiwały, że owszem, spoko - normalna.
- Hej, słuchaj, mam takiego faceta z bólem w klatce. Troponiny w normie, ekag okej, jony, morfologie, duperele tip top. Aorta też prawidłowa. A gościa gniecie, piecze, promieniuje...
- No ale w badaniach jest zdrowy, tak?
- No tak, papiery ma w porządku, ale klinicznie to on jest chory, coś mu jest. Jakoś tak... - tłumaczyłam się jak zwykle swoją nieudolną elokwencją i brakiem przekonujących argumentów.
- No to do domu go odeślij. I niech idzie do kardiologa.
- Aha... ale on ma ból w klatce...
- No ale go zbadałaś i nie ma wskazań do hospitalizacji. Jakieś odchylenia od normy? Nie. No!
W tym czasie przez Izbę przewalił się tabun innych chorych ludzi, których trzeba było zbadać, opisać, zlecić, poinformować, skonsultować, wytłumaczyć, poleczyć itd.
Późnym wieczorem pogotowie przywiozło pana z obrzękiem płuc. Dyszący, suchy facet, bulgotał oddechem w maskę z tlenem. Rzucili papiery i pojechali.
Odpisałam do domu wspomnianego wcześniej człowieka, z zaleceniem wizyty u kardiologa i standardowo powrotu do Izby w razie "znacznego pogorszenia stanu ogólnego". I poleciałam do dusznego klienta. Zerknęłam w kwity co dostał od Pogotowia, przewertowałam dostarczoną obfitą dokumentację medyczną. PIZD! Toporem przez łeb trafiła mnie wzmianka o przewlekłej niewydolności nerek leczonej dializami. No tak, ten furosemid od karetek to panu na chuj. Kurwa. Gnoje wrzutę zrobili i zanim człowiek zdąży się zapoznać z całością, to spierdalają. W tym szpitalu nie ma żadnej sztucznej nerki! Jak ja mam faceta odsączyć z tych płuc skoro nie sika?! Na wszelki wypadek zadzwoniłam do internistki zapytać o jej zdanie.
- No nie nie nie. Przecież go nie odwodnię! Poczekaj, zaraz do ciebie przyjdę.
Zeszła ze swoim pulsoksymetrem, ale uwierzyła we wskazania naszego, zerknęła w dokumentację i uznała, że absolutnie pana nie przyjmie, musi jechać na dializy. To ostateczne zdanie. Pa.
Oczywiście wszystko to trwało na tyle długo, że zdążyłam zlecić pobranie krwi na badania, pielęgniarki zdążyły tę krew utoczyć, noszowi zdążyli pojechać z nim do pracowni diagnostyki obrazowej, technik elektroradiologii zdążył prześwietlić piersiową klatkę chorego promieniami iks.
Późny wieczór zaczął przebierać się w koszulę nocną, pacjent czuł się lepiej po lekach otrzymanych dożylnie. Uruchomiłam analogową aplikację: Zeszyt_Z_Wszystkimi_Numerami.exe i dzwoniłam na rozmaite warszawskie numery, budząc ludzi i rozmawiając z nimi na jeden konkretny temat w różnym tonie. Zaczęłam od ośrodka dializ, w którym leczył się pacjent.
- Nie mam miejsc - oznajmił dyżurny. - Już mam nawet pełno na korytarzu. No naprawdę. Jutro jak będą wypisy to mogę go przyjąć.
- Ale on teraz jest chory - tłumaczyłam.
- Nie mam miejsc!
- Przecież może pan przyjąć chorego do swojego oddziału ale umieścić go fizycznie w innym, tam, gdzie jest miejsce.
- Nie, nie mogę. Do widzenia.
No tak. Do widzenia, oczywiście. Obdzwoniłam jeszcze kilka innych podobnych miejsc, gdzie dowiedziałam się, że pacjenci dializowani zawsze leczą się w swoim macierzystym ośrodku, gdzie znajduje się dokumentacja, niezależnie od stanu łóżkowego oddziału. Obudziłam kilkanaście dyżurnych pielęgniarek i lekarzy w różnych szpitalach dzieląc się swoim problemem. Ugh. Ponownie zadzwoniłam do tamtego dyżurnego.
- Przecież mówiłem, że nie mam miejsc, jutro mogę go przyjąć! Poleczcie go do rana na internie.
- Ale...
- Dobranoc.
Skonsultowałam się z lokalnymi anestezjologami, czy mają jakiś sprzęt, który, by się tu dało wykorzystać. Dowiedziałam się, że wprawdzie jest Prisma, ale tylko dla pacjentów OIT. Poza tym, lepiej, żeby się tym zajął ktoś, kto sie na tym zna i kto to prowadzi. Hmmm.
Zadzwoniłam do Oddziału Ratunkowego tamtego szpitala, mając nadzieję, że lekarz dyżurny, pełniący tymczasową funkcję dyrektora coś na to poradzi.
- Niech doktor z nerki, że tak powiem, nie leci w kulki! Jeśli pacjent ma obrzęk płuc, to niech pani wysyła go do nas karetką! - usłyszałam.
No dobra, jakiś punkt zaczepienia.
W tym czasie panu się polepszyło na tyle, że zasnął na leżąco, a w rentgenie radiolog opisał zapalenie płuc. Zaordynowałam przyjęcie na naszą Internę.
I tu właśnie lokalny zwyczaj stłamsił moją ideę, czyli jeśli klinicznie koleś wygląda na chorego, to się go przyjmuje bez badań dodatkowych. Pobiera się je oczywiście w Izbe, ale wyniki trafiają już do danego Oddziału. Pielęgniarki wdrażają procedurę przyjęcia szybciej, niż zdążę się odezwać.
- Halo, no to znowu ja. Słuchaj, ten facet nie ma obrzęku płuc. Przyjmuję go.
- Nie możesz! A co ma w rentgenie? Co ma w ekagie? Jakie ma jony? Co, jak, ile, dlaczego...!?
- Wszystkie wyniki są z chorym w drodze.
- A gdzie on jedzie?
- No do ciebie - poinformowałam.
Pauza...
- TAK SIĘ NIE ROBI, WIESZ?! - wydarła się na mnie słuchawka.
- Ale jak... - dukałam wystraszona - on nie wymaga ostrej dializy, jutro ma planową, to go wypiszecie i odeślecie...
- TAK SIĘ NIE ROBI!!! NIE PRZYJMUJE SIĘ PACJENTÓW BEZ POINFORMOWANIA!!!
- Przecież cię właśnie informuję...
- A JEŚLI ON MA POTAS DZIESIĘĆ?!
- To mi go odeślesz, a ja go wyślę na dializy. Ale wygląda nieźle.
- TAK SIĘ NIE ROBI!!! WIESZ?!
Trzask rzuconej słuchawki.
Zatkało mnie. Spięta i wystraszona stałam wgapiona w jeden punkt w ziemi i kopciłam. Telefon dzwonił jeszcze kilka razy.
- Pani doktor, to z interny - mówiły pielęgniarki przekazując mi słuchawkę.
- PRZYPOMNIJ MI SWOJE NAZWISKO!
Przedstawiłam się.
- PODAJ MI WSZYSTKIE NUMERY NA KTÓRE DZWONIŁAŚ W SPRAWIE TEGO PACJENTA I NAZWISKA OSÓB, Z KTÓRYMI ROZMAWIAŁAŚ!!!!!!
Podyktowałam kilka z nich z pamięci, bo kartkę zapisaną obdzwonionymi numerami pielęgniarki wyrzuciły do kosza, uznając za śmieć. One ogólnie bardzo szybko sprzątają. Podobnie jak nasze dziewczyny na bloku. Trzeba pilnować swoich notatek lub zdobycznych karteluszek z informacjami rozmaitymi.
- TAK SIĘ NIE ROBI!!! NAPISZĘ NA CIEBIE OFICJALNĄ SKARGĘ DO DYREKTORA! A JEŚLI ON MA POTAS DZIESIĘĆ?!!!
Zblazowana przysiadłam na krześle.
- CO JA MAM Z TYM CHORYM ZROBIĆ? DAĆ MU ANTYBIOTYKI? A JAK JE WYDALI, SKORO NIE MA NEREK?!!
- No przecież jutro już będzie na dializach... A co ja mogę w ramach Izby, gdzie nawet nie mam podstawowych leków ani monitorowania, ani sali obserwacyjnej, tylko korytarz?
- SAMA SIĘ PODJĘŁAŚ TEJ PRACY, KTÓRA JEST TRUDNA I ODPOWIEDZIALNA!!! TO TERAZ SOBIE RADŹ!!!
Koniec rozmowy. Zgrzytałam zębami i się zastanawiałam co jeszcze mogłam zrobić dla tego chorego, gdzie go wysłać, do kogo zadzwonić, jak postępować, żeby trafił tam, gdzie mu pomogą.
- Doktor się nie martwi, przecież zrobiła wszystko co mogła - zaczęła mnie pocieszać jedna z pielęgniarek.
- Niech się Karolina tak nie piekli lepiej - zwtórowała jej druga. - Chyba sama zapomniała jak była u nas na początku i sobie nie radziła i jej pomagałyśmy. Myślałby kto! Chyba ma zły humor jakiś. Przecież to fajna dziewczyna.
- No właśnie.
- Ja też tak uważałam zawsze - dodałam. - Dziwne.
Był już zupełny środek nocy, kiedy do Izby wrócił mężczyzna odpisany wcześniej z bólami w klatce.
- I co się teraz dzieje? - zapytałam go w gabinecie lekarskim kładąc na kozetce i ugniatając tu i ówdzie.
- Dławi mnie jeszcze... To co było wtedy, ten ból gniotący, promienuje do ramion i żuchwy i mam uczucie dławienia, duszności.
Zleciłam kolejne EKG, kolejne badania laboratoryjne, rwałam sobie włosy z głowy. Nie przespałam tej nocy ani minuty. Rano czekała mnie kolejna porcja standardowej, codziennej pracy w fabryce. Osiem godzin za wajchą. Wzrok mi błądził, myśli trzepotały się jak wkurwione nietoperze w pudełku, ciało jakoś dziwnie podskakiwało, próbując wykonywać zwykłe kroki. Dyg, myk, hik, dyg.
Kolejne wyniki, w których facetowi nic nie było. De dimery nieco podwyższone.
- Aaaa, będę wymiotował, yyyy - zajęczał pacjent w gabinecie.
Poleciałam do niego z plastikowym nerkowatym naczyniem. Zleciłam znieczulającą mieszankę na żołądek.
- I coooo??? - zapytałam z nadzieją w domyśle. - Polepszyło się?
- Już mi się nie odbija i nie pali tutaj, nie chce się wymiotować. Ale dalej boli w klatce i dusi.
Kurwa mam dość. Postanowiłam poinformować podkurwioną koleżankę o kolejnym przyjęciu.
- Halooo, to znowu ja. Mam dla ciebie pacjenta. Wrócił ten pan z bólem w klatce. Teraz go jeszcze dławi.
- A ma coś w badaniach?!
- Podwyższone d-dimery - broniłam się.
- Bardzo?
- Nie.
- TO Z JAKIEGO POWODU MAM GO PRZYJĄĆ DO ODDZIAŁU?!
- Z powodu bólu w klatce piersiowej do diagnostyki - wyrecytowałam monotonnym głosem.
- A troponina?
- Nie pobierałam. Poprzednie dwa badania w odstępie kilku godzin były z wynikiem zero.
- To pobierz i w ciągu pół godziny ktoś od nas przyjdzie na konsultację!
Słuchawka odłożona.
Dobiegała siódma rano. Chciało mi sie rzygać ze zmęczenia i stresu, jaki mi zafundowała koleżanka.
Zaczęłam pisać raport. Litery składały mi się powoli i niezdarnie. Oczy same się zamykały, a rozum? Gdzieś zniknął.
Przyszedł szef.
- Doktorze, niech pan zobaczy!!! - wykrzykiwały pielęgniarki - Pacjent w ciężkim stanie prawie trzy godziny u nas leżał zanim trafił na internę! Tak nie może być!!!
- Hmmm, ahaaa.... a ten człowiek, to z czym? - zapytał wskazując gabinet z nieszczęśnikiem o obolałej klatce.
- Ten to już od wczoraj od piętnastej!!! Był, odpisany, potem wrócił i ciągle tu leży!
- A co mu jest?
- Ból w klatce piersiowej.
Szef podniósł słuchawkę i wykręcił numer Oddziału Wewnętrznego.
- Halo, tu doktor Szef, przyjmuję pacjenta na internę.... No normalnie, leży tu już tyle czasu, ma wszystkie badania.... Troponina? Pobrana, wynik przyjdzie do was do oddziału.... PRZYJMUJĘ PACJENTA DO ODDZIAŁU!!! Tak, dziękuję, do widzenia.... Słucham?.... Czy słyszałem o innym pacjencie? Z nocy?... Nie, dopiero przyszedłem do pracy, jeszcze nic nie wiem. Zadzwonię później, do widzenia!
Zdałam szefowi raport, poinformowałam o komplikacjach. Poinstruował mnie, że nie powinnam się tak dawać wykorzystywać, że własną decyzją mam prawo przyjąć chorego do szpitala i położyć go gdziekolwiek, bez czyjejkolwiek aprobaty. Muszę to tylko uzasadnić. A tu raczej nie było wątpliwości. Pocieszył, żebym się nie martwiła. Skarga? Jaka skarga? Chyba Karolina miała zły humor, albo okres napięć przedmiesiączkowych. Mam się nie przejmować.
No i tak już zleciało kilka miesięcy, a wezwania na dyrektorski dywanik ani widu, ani słychu. Ojej no. A ja się tyle namartwiłam niepotrzebnie. Bez sensu.
Tak było wtedy. Teraz jest zupełnie inaczej.
2009-12-16 | 21:35:53
skomentuj
(0)
Przedmowa
Wciągnęłam się w kierat nowego kołchozu. Zaczęłam dyżurować w Izbie Przyjęć jednego z maciupkich, chociaż klinicznych, lokalnych szpitali. To jedyna placówka jaką znam, która nie ma sali obserwacyjnej w ramach Izby i gdzie "nie wypada" leczyć.
Pielęgniarki obrabiają tyłki każdemu, kogo akurat nie ma w pracy, swoim koleżankom, salowym, noszowym, lekarzom, portierom, pacjentom. Wszystkim! Daję im się tresować - w granicach przeze mnie akceptowalnych. Są bardzo przywiązane do nazwy Izba Przyjęć i każdemu lekarzowi, który próbuje wykraczać poza utarty przez nich standard minimum wybijają z głowy te zapędy, tłumacząc, że to nie Oddział Ratunkowy. Tym sposobem ograniczają swoją pracę i oczekiwania co do mojej, do segregacji pacjentów na tych do przyjęcia, albo do domu. Czasem wolę zrobić coś sama, niż wysłuchiwać ich moralniaków, że nie powinnam tego czy owego, że ZUS ZLA to za pieniądzę mogę wystawiać lub dla znajomych, a reszta do przychodni, że pacjentów spoza rejonu się odsyła, choćby stali połamani kolką nerkową lub z ostrym brzuchem. Czasem zdążę pierwsza przechwycić chorego i wciągnąć go do gabinetu lekarskiego na badanie. Problematyczne są też dla nich wkłucia dożylne, dlatego chętnie wykonuję je samodzielnie, poćwiczę rękę.
Oczywiście wszystko zależy od składu, od konkretnej jednostki i konkretnej osoby.
W środku nocy do Izby wpełzła kobieta z dusznością. Świst było słychać już na korytarzu. Zebrałam wywiad, z którego się dowiedziałam, że pani choruje na astmę od kilkunastu lat, że aktualnie jest pijana, w ciąży i że zjadła garść tabletek hydrokortyzonu, do tego teofilinę, w pogotowiu dali jej do wenflonu kolejny steryd i kolejną teofilinę. I teraz z tym wkłuciem na przedramieniu zasiadła na kozetce i świszczała. A była przy tym miła, wesoła i sympatyczna. Podawanie jej dożylnie kolejnej teo i fenicortu mijało się z celem. Tylko leki wziewne zostały. Ale nie ma w ogóle takiej możliwości w Izbie. Nie ma nebulizatora, nie ma beta mimetyków. Zadzwoniłam do internistki, która ochoczo pożyczyła mi wyżej wymienione elementy mając nadzieję na uniknięcie przyjęcia. I tak się stało. Pacjentka zachwycona, zadowolona, uchachana przestała się dusić, podziękowała nam i obdarowała pochwałą, że takiego miłego personelu lekarskiego i pielęgniarskiego to nigdy nie spotkała. W książkę wpisałam dokładnie co podałam, pomimo, że były to leki niedostępne w spisie i receptariuszu. Ale to ja mam długopis i pieczątkę. O. I chuj.
Innym razem urolog zszedł skonsultować kolkę nerkową, jakąś oporną. Poprosił między innymi o domięśniowy diklofenak. Powiedziałam, że nie mamy, ale na wszelki wypadek spytałam pań pielęgniarek. Uniosły się gdacząc jedna przez drugą, że się tym doktorom w dupach przewraca i sobie diklofenaki wymyślają i że one tu robią ich robotę, bo każde cewnikowanie powinien robić urolog, ko ko ko!! Lekarz uprzejmie odparł, że cewnikować umie każdy lekarz więc przyjaźnie mu zawtórowałam, po czym na stronie zapytałam czy w oddziale mają wspomniany lek, to ja podam do mięśnia.
- NIE PODAJEMY ŻADNYCH LEKÓW, KTÓRYCH NIE MAMY W SPISIE IZBY!!! - zaskrzeczała wyjątkowo głośno, drukowanymi literami jedna z pielęgniarek.
- Sorry - wyszeptałam z przepraszającą miną i zrobiło mi się potwornie głupio. Pierdolone formalności. Posrany system.
Ale to tylko wstępem, bo chciałam o czymś zupełnie innym. Ale to może za chwilę.
No jak się zbiorę. Kiedyś tam. W najbliższym czasie. Tak.
2009-10-30 | 20:54:39
skomentuj
(3)
istotne
bobikowy
nina
cake or death
na bieżąco
tropy
niewolnicy systemu
krowianka
rezydent gadżet
morphiusz
druh
ona dr
doktorissimus
dyżurny
judym była kobietą
jeb jeb
awfully nice with penis
midori mizu
zrób to sam
anime rekomendacje
anime db
kanji
kanji słownik
dźwięki
motion trio
here in my head
epitonic
brainwashed
serpent
co & ses
ninja tune
mrugnięcia
zły kotek
woda woda woda
pjotruska
księżyc
krasnopolska
psychitis
low morale
fly guy
dariusz twardoch
kalashnikov
adult swim
jacek pałucha
jan saudek
jeż jerzy
mikropolis
mruknięcia
pjotruska
pułkownik w cieniu
papier pocztowy
apoteoza,,
archiwum
2010
1
2009
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2008
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2007
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2006
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2005
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2004
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2003
12
11
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
2002
12
11
10
9
8
7
6
5
4
wesoła muzyczka
Jazz is not dead,
it just smells funny.